poniedziałek, 19 października 2015

Gorączka złota i mamucie jeziora

W przerwie od Doliny Yosemite zrobiliśmy z Adamem dwudniowa rundkę "po okolicy" - czyli 400 km stuknęło na liczniku. Pierwszym punktem programu było Bodie, czyli miasto skansen (czy tez miasto duchów, jak kto woli), pozostałość po gorączce złota, która wybuchła w 1859, a skończyła się kolo 1915. Miasto pozostało, tak jak jak je opuszczano i stanowi okoliczna atrakcję. 
Niektóre z domów i hoteli "ledwo trzymają się na nogach", niektóre, jak na przykład szkoła, zachowane są w całkiem niezłym stanie. Nawet nam się podobał taki spacer po ghost city. 

sobota, 10 października 2015

Strach ma cztery łapy

Ja pie...lę! Czego ten Adam tak klnie? W takie miłe popołudnie na kempie, z perspektywą pysznego obiadku za kilka chwil, którego przedsmak zwiastują intensywne zapachy... Podnosząc głowę mój zmysł wzroku zarejestrował coś, co z opóźnieniem kilku ułamków sekundy zarejestrowała świadomość: niedźwiedź! Wcale nie taki czarny jak na ostrzegawczych plakatach rozwieszonych na kempie i zdecydowanie większy!!!

poniedziałek, 21 września 2015

Oswoić peruwianskiego zwierza

Takie tam pogaduchy i narzekanie na pogode
Każda nowość z jednej strony pociąga, z drugiej nasuwa pewne obawy, czasem nawet strach. Dla nas podobnie było z Peru. Trochę jakbyśmy jechali na spotkanie nieznanego zwierza, w dodatku nocą. Widać tylko ślepia, ale nie wiadomo, czy w ciemnościach czai się jakiś drapieżnik czy może sympatyczny zwierzak...

W każdym przewodniku o Peru jak byk stoi: uważać na złodziei, fałszywych taksiarzy, znajomi ostrzegają przed Limą, że niebezpiecznie, lepiej od razu uciekać z tego miasta. Niesamowite, że standardową metodą na spotkaniem z nieznanym jest zastraszanie!

Na szczęście wśród znajomych mamy wystarczająco dużo osób, które przetrwały spotkanie z peruwiańskim zwierzem i opowiadały o nim w samych superlatywach. Jedno było pewne: coby nie miało się okazać, peruwiańskiego zwierza musieliśmy oswoić sami.

środa, 2 września 2015

Gwiazdy nad Alpamayo

Alpamayo! Nasza droga startuje w najnizszym punkcie serakow brzeznych
Whiteout. Zupa z bieli. Tylko jakaś strasznie mroźna ta zupa. Wokół wirują zawiesiny, płatki śniegu, wiatr miesza nieustannie tym lodowatym wywarem. My staramy się zebrać resztki energii i krok za krokiem pokonać kolejne metry dzielące nas od moreny lodowca. Zmęczenie dnia poprzedniego i plecaki mocno dają się we znaki. W końcu - wspięliśmy się na Alpamayo i to w średnich warunkach pogodowych. Zakładaliśmy, że jak zwykle pogoda poprawi się po naszej wspinaczce. A tu biała mroźna zupa...

Ale od początku.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Wietrzne baty na Tocllaraju

17.08.2015, 20:00

Już czwartą noc żyjemy sobie w naszym małym namiotowym światku. Jest dosyć ciasno, rankami wilgotno, pewnie trochę już śpiwory "czadzą", ale jest cieplutko!:) Karimatki są chyba wygodniejsze od naszych hostelowych łóżek, a puchowe śpiworki Małacha są po prostu niezastąpione! Mieliśmy już dziś wracać do Huaraz ale górki po raz kolejny uczą pokory... 

Miała być szybka akcja: dojście do base campu w dolinie Ishinka, kolejnego dnia biwak na morenie na ok. 5000 m n.p.m. i uderzamy na Tocllaraju, drogą normalną lub... wschodnią ścianą. 
Nasz cel, Tocllaraju, 6032 m npm

czwartek, 13 sierpnia 2015

La Esfinge - skalne oblicze Cordilliera Blanca

Góry, wspinanie i my :)
Udało się!!! Jeden z głównych - górskich - celów w Peru osiągnięty! :) Przy naszych przedwyjazdowych zdrowotnych zawieruchach nie wiedzieliśmy do końca na co w ogóle będzie nas stać. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy wyjechać, co będzie to będzie, jeśli będzie to droga na skalnej, najwyższej i najbardziej znanej w Peru ścianie Sfinksa - to byłoby super. Aklimatyzację ustawiliśmy pod ten cel i wszystko przebiegałoby super, gdyby nie moje przeziębienie i rewolucje żoładkowe, które dopadły mnie po powrocie z Valluranaju. Spędziliśmy cztery dni w Huaraz i przy pierszych oznakach mojej poprawy postanowiamy wyruszyć do doliny Paron. Logistycznie to w miarę proste przedwsięzięcie: dwie godziny busem (colectivos) do Caraz (6 soli od głowy) a potem dalsze dwie godziny taksówką do jeziora Paron (wytargowaliśmy cenę 80 soli). Droga jest tym razem o wiele mniej wyboista, a widoki urozmaicają okoliczne wioski z przydomową produkcją glinianych cegieł, pracą na roli pługiem i wściekłymi psami. Potem pojawiają się ściany. Aż się wierzyć nie chce, że całe wspinanie koncentruje się na Sfinksie, kiedy wzdłuż drogi wyrastają potężne kilkusetmetrowe turnie. Z pewnością związane jest to z  jakością skały, ale mimo wszystko...

środa, 5 sierpnia 2015

Vallunaraju i rekord wysokości

W koncu w gorach!
Godzina 18:00, całkiem spokojny wieczór, na niebie stalowe chmury chwilowo wystroiły się w pastelowy żółty kolor zachodzącego słońca, gdzieś tam w oddali szczeka pies, jak zwykle trwa koncert ulicy, a jednak... Albo ten hałas jakiś mniejszy albo my przesiąkliśmy już peruwiańskim gwarem.

Ja leżę w łóżku już drugi dzień, dziś w końcu katar trochę odpuszcza,ale wciąż jestem słaba.  Pobyt w Hatun Machay zostawił mi niemiłą nuespodziankę w postaci cieknącego nosa, ale czułam się dobrze, Adam też, więc w sobotę z rana ruszyliśmy w stronę Vallunaraju, naszego szczytu aklimatyzacyjnego. To szczyt położony u wlotu doliny Quebrada Llaca, niedaleko Huaraz, więc logistyka była prosta.